sobota, kwietnia 18, 2009

5-10-15

Dziś Moja Niedoszła Żona zapytała mnie czy może sobie kupić różowe trampki. No, w zasadzie tak. Różowy to ładny kolor. Nawet ta, jak jej tam, Joanna Rutowicz, nie zniechęci mnie do tego koloru. Skądinąd ja kiedyś MNŻ pytałem czy zielone trampki dla chłopca to nadmierna ekstrawagancja. Powiedziała, że nie. Fajnie. Wszystko wskazuje na to, że oprócz białych, szarych, czarnych i granatowych, będę miał też zielone. W dodatku dziś ulubiona gazeta MNŻ na okoliczność nowego filmu Allena, napisała o Javierze Bardemie: „macho w trampkach”. Spodobało mi się.

PS. Wiecie co? Jestem z siebie cholernie zadowolony. Udało się okiełznać piętnastkę. Oj, źle kombinujecie robaczki... O bieganiu mówię. Dwa tygodnie temu było pięć kilometrów, tydzień temu dziesięć, a dziś wreszcie udało się pokonać piętnaście. 1. 17 min.  Za tydzień dwadzieścia i kończymy zabawę. Starczy tego dobrego.  

wtorek, kwietnia 14, 2009

damska torebka

Poświąteczne porządki. Konieczne. Najpierw te na facebooku, potem domowe. Wywaliłem kwiaty. Najzwyczajniej w świecie pousychały. Podlewanie raz na kwartał okazało się niewystarczające. Pozbyłem się też jabłek. Nie jem ich, nie lubię. 

Gdy MX wczoraj wszedł i zobaczył dwa półmetrowe stosy gazet, od razu wypalił: „Rany, ile gazet?!” No to dziś się trochę przekopałem przez tę makulaturę. Głównie Męska muzyka. Im więcej tego czytam, tym bardziej nic nie wiem. 

W głowie mam za to Damską torebkę. No, w sensie, że wszystko powywalane do góry nogami. Jeden wielki bałagan i nic potrzebnego znaleźć nie można. Same śmieci, z których nie ma jak skorzystać. Trzeba to wysypać i przejrzeć. Zrobić przegląd co się jeszcze kiedyś przyda a czego można się już pozbyć. Trochę to potrwa.  


niedziela, kwietnia 12, 2009

ale jaja

Piątek. Dziwny to czas. Tak szybko wszystko się zmienia. Wychodząc z domu coś mnie zatrzymało. Wbiłem wzrok w kalendarz. Marzec. Zmieniłem na kwiecień już po powrocie. Miesiąc mnie nie było?

Sobota. Mycie okien. Pierwsze w życiu. Kolejna sprawność po nauczeniu się obsługiwania pralki kilka tygodni temu. Też nie trudne. Przeleciałem szmatką i spryskiwaczem. Błyskawicznie poszło. Tylko jakoś w mieszkaniu jaśniej się nie zrobiło. I nagle olśnienie. Z drugiej strony też trzeba wyszorować. Było trudniej. Balansowanie na parapecie dziewiątego piętra najłatwiejsze nie jest. Może nie są to najczystsze okna w bloku, ale jestem z siebie dumny. Aha, pralka się niedawno popsuła.

Niedziela. Wesołych Świąt.

piątek, kwietnia 10, 2009

też fajnie

Ostatnio kolega z pracy opowiadał historyjkę z młodości. Gdy miał dużo mniej lat i kilogramów, to należał do warszawskiego towarzystwa narciarskiego. Czasy jakie były wszyscy wiemy. Brakowało nie tylko papieru toaletowego czy meblościanek. Nart też brakowało. Dlatego grupa zapalonych alpejczyków rozstawiała sobie kijki na górce w Królikarni. Potem pod nadzorem instruktora zbiegała między tymi kijkami.

Niby też fajnie, ale jednak to nie to samo.  

czwartek, kwietnia 09, 2009

You've got mail

Bardzo lubię ten film. Nie tylko dlatego, że jest o książkach i księgarniach. Po prostu mam słabość do koleżanki Meg Ryan. W dodatku ona tam sobie pisze mejle. A to bardzo miła przypadłość. Od kilkunastu dni dzieje się coś dziwnego. Spadł mi z nieba zupełnie niezapowiedzianie towarzysz mejlowych dyskusji. A właściwie towarzyszka. Zabawna, inteligentna, i co najważniejsze: mądra. A gdy rozmawia się o życiu, takie cechy są nie do pogardzenia. Gdy jeszcze dochodzi życiowe doświadczenie, mamy komplet. 

I gdy tak się rozmawia na poważne tematy, to czasem można się zamalować do kąta. Nie wiesz czy lecisz jeszcze Coelho czy już L. Wiśniewskim. Gdy nie będę miał pomysłu na życie, napiszę powieść o szukaniu siebie i drodze do szczęścia. Sprzeda się w nakladzie 126 mln egzemplarzy na świecie i zarobię kokosy. Wtedy będę mógł cierpieć za miliony. Dolarów.

Jeden fragment już mam. Oczywiście mojego autorstwa. I mam nadzieję, że moja interlokutorka nie obrazi się za jego upublicznienie.

„czasem nasze problemy wydają się wielkie jak brzuch wieloryba (przepraszam nie wiem skąd mi to się wzięło), ale potem okazują się niewielkimi szprotkami. czasem wystarczy poczekać... i poobserwować co się wydarzy. nie trzeba z całych sił dmuchać w żagiel, wystarczy jednym palcem pokierować sterem.

skąd te wodne metafory? przecież ja nawet pływać nie umiem.”


niedziela, kwietnia 05, 2009

dzień dobry

Wczoraj nie było mi do śmiechu. Próbowałem przełożyć ten wywiad na poniedziałek. Niestety nie było to możliwe. Postanowiłem odbębnić w piętnaście minut i spadać do domu. Wyszło grubo ponad godzinę. I dobrze, bo czasem nawet euroentuzjaści mogą działać terapeutycznie. 

Było wyjątkowo miło i zabawnie. Ale najlepsze zdarzyło się na koniec. Zawsze wyłączam telefony w czasie wywiadów. Wczoraj wolałem tego nie robić. I stało się.

- Dzień dobry! - odezwał się esemesowo telefon głosem Czesia. Na szczęście było już po wywiadzie. Wystraszyłem się, że mi interlokutorka zejdzie ze śmiechu. 
- Dziecko? - wykrztusiła w końcu.
- Nie - i poczułem się staro.
- Kobieta? 
- Nie - i poczułem się taki samotny.
- Czesio, bohater kreskówki dla dorosłych - wytłumaczyłem  - i poczułem się taki infantylny.

sobota, kwietnia 04, 2009

teraz

Czasem coś się psuje. Także komputer. Takie właśnie nieszczęście przytrafiło się mojemu „koledze” z pracy. Piszę w cudzysłowie, bo to raczej mistrz, autorytet i światło przewodnie rzemiosła, którym się param. Otóż, mój kolega drogi, w dniu wczorajszym zaniósł do działu IT swojego laptopa:
- Popsuł się. Internet nie działa - zakomunikował.
Po ośmiu godzinach znów odwiedził speców od komputerów.
- No zajrzeliśmy do tego laptopa. Internet w nim nie działa.

Mój kolega nie lubi jak się z niego kretyna robi, ale tym razem tak go zaskoczyło, że nie wiedział co powiedzieć i wyszedł kompletnie rozbity. 

A teraz spróbuję zrobić zgrabne nawiązanie do mojej sytuacji. Choć na szczęście nic mi się nie popsuło. Szczotkę książki otrzymałem jakieś dwa tygodnie temu. Przekartkowałem i odłożyłem na potem. Nie sądziłem tylko, że wrócę do niej tak szybko. A wszystko przez M., która się pożaliła, że ma taki popsuty humor, bo właśnie nową Drotkiewicz przeczytała. Aż mi ciarki przeszły wzdłuż pośladków. Od razu zapowiedziałem, że sięgnę po książkę. „Nie rób tego. Jest straszna.” Oczywiście za dobrze mnie zna, by nie wiedzieć, że to dla mnie najlepsza rekomendacja, by po nią sięgnąć od razu. 

No i co? Żyję. Lekturę przetrwałem i miejscami mi się nawet podobało. Ok., Nike z tego nie będzie, ale poczułem się wciągnięty do intelektualnej gry przez autorkę.

Po pierwsze, wątek gotowania, różnych potraw, smakowania, robienia żywieniowych zakupów pojawia się niemal na każdej stronie. Przypadek? Oczywiście, że nie. Autorka jakiś czas temu tumaczyła mi, jak ważny jest to dla niej element życia. Nie tylko fizjologicznie, ale i kulturowo.

Po drugie, aż cztery razy w tej niewielkiej książeczce pojawia się hasło programowe S. Sierakowskiego: bądźmy sobie niepotrzebni. Autorka ani razu nie przyznaje się skąd zaczerpnęła tę „błyskotliwą” myśl. Ale może to i lepiej. Mogłoby to mocno zachwiać mit młodego zaangażowanego intelektualisty. 

Po trzecie, zabawy Houellebecqiem: „Migreny dzień drugi: fanfary, frutti di mare, cząstki elementrane.”  Gdzieś to się musiało pojawić, bo Francuz dla panny D., to pisarz bardzo ważny. 

Po czwarte, „dziewczyny zardzewiałe od cytatów” czy „koszulka z napisem „Jestem dziewicą... ale to stara koszulka”. Tak, jest tu kilka świetnych kawałków. 

Zajrzalem do tej książki. Trochę rzeczy jednak w niej działa.

 

czwartek, kwietnia 02, 2009

wolniej znaczy dalej

Jak ktoś ma pierdolca na punkcie sportu, to już do wszystkiego będzie przykładał tę miarkę. Język ocieka sportowymi metaforami, podpiera się sportowymi przykładami, a wyobraźnię wypełniają herosi z atletycznych aren. No i filozofia sportowa zaczyna się przekładać na życie codzienne. Choć czasem trzeba trochę czasu, by pewne jej elementy zauważyć.

Pierwszy sygnał pojawił się w grudniu trzy lata temu. Pytałem naszego europosła Krzysia Hołowczyca, jak jechać w Rajdzie Dakar, by zająć dobre miejsce. A on na to bez zastanowienia: „im wolniej jadę, tym wyższą pozycję zajmuję”. Eee tam, pitoli mądrala od czipsów - pomyślałem sobie. 

Zapomniałem o tym, aż do marca. Okopawszy się na biegowych blogach, znów natrafiłem na tę myśl. Na początku wolno, a potem finiszujemy wyprzedzając umęczonych frajerów. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. Ale gdy w czasie wieczornej przebieżki, po raz kolejny musiałem się zatrzymywać, by zrobić sobie sztuczne oddychanie, postanowiłem spróbować. I to było jak odkrycie, że można się biegać długo i zdrowo. Nie dość, że przebiegłem całą 5 km trasę za jednym rozpędzeniem, to jeszcze w dobrym czasie. Stało się to powtarzalne! Wystarczy zacząć odpowiednio wolno i potem już tylko rozpędzać. 

„ja jadę nie do końca odcinka, lecz rajdu. Muszę mieć w głowie ten ostatni odcinek, gdy wjeżdżam na metę z flagą biało-czerwoną. Mogę nawet na dziesięć minut dla kibiców tam się zatrzymać. Przecież w skali całego rajdu dziesięć minut to jest nic.” 

Coś czuję, że w życiu też tak jest. Wystarczy jechać ciut wolniej, by dużo dalej zajechać.

środa, kwietnia 01, 2009

decyzja

Właściwie to nie wiedziałem komu pierwszemu to powiedzieć. Długo się zastanawiałem i w sercu rozważałem. Myślę, że wybrałem najlepsze rozwiązanie. Ogłoszę to publicznie, a ten kto zajrzy tu najwcześniej, dowie się pierwszy.

Nie była to łatwa decyzja. Pochylałem się nad nią wystarczająco długo, by uznać, że jest właściwa. Tym bardziej, że dojrzewała we mnie od lat. A takie zobowiązania nie podejmuje się z powodu kaprysu czy chandry. Dziś rozmówiłem się z moimi szefami. Byli zaskoczeni, protestowali, nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Ale nie szedłem do nich na rozmowę, lecz z konkretnym oświadczeniem. To nie był czas na dyskusje. Podziękowałem za współpracę, powiedziałem jak dużo dla mnie znaczyli i że to były cudowne cztery lata życia. Okres wypowiedzenia wynosi miesiąc. Do końca tygodnia jeszcze pochodzę, a potem trzy tygodnie zaległego urlopu. 

To będzie 21 dni na wyciszenie siebie i swoich emocji. Potem szybkie pakowanko najważniejszych książek, trochę bielizny i nowe życie. Niedaleko. Bo w Krakowie. Na ulicy Długiej. Tam zaczynam coś nowego. Długo się wahałem czy dominikanie czy jezuici. Jednak zwyciężyli dominikanie ze swoją otwartością. Wszystko już ustalone. Krata się zamknie 1 maja. Najpierw nowicjat, potem święcenia. Oczywiście jak Bozia da i wytrzymam próbę czasu. Ci, co będą chcieli na pewno zdążą się jeszcze ze mną pożegnać.

Ale nie martwcie się. Dominikanie to otwarty zakon. Można mieć komputer. Od maja będziecie czytać Bloga zza krat.

Do zobaczenia i Szczęść Boże.

poniedziałek, marca 30, 2009

chłopaki nie płaczą

Dziś będzie wpis dla facetów. Dziewczyny mogą iść na dłuższy spacer albo pobiegać. Co tam kto lubi. Lub na co ma siły. 

Tydzień zaczął się od nowości. Mianowicie okazało się, że moja gazeta jest Kobietą. Te 40 stron, na kolana nie powala, ale zawsze jeden darmowy śmieciuch w gazecie więcej. Na tę okoliczność, MX molestował mnie pół dnia, żebym przeczytał odjechany tekst Zygmunta. No i uległem. Ruszyłem po gazetę, gdy Radwańska wychodziła do trzeciego seta z Venus Williams. W Miami była 14.30, co w przeliczeniu na nasze, daje 20.30. A co, lubię zacząć dzień od prasy, bułek i kawy. Jutrzejszy dzień. 

Fakt, tekst Zygmunta ciekawy i poruszający ważki społecznie temat. W dodatku poświęconym kobietom, Zygmunt napisał o mężczyznach. To trochę tak, jak w magazynie „Moja kopalnia” pisać o trudnej sytuacji rybaków, a w fitnesowym periodyku reklamował się Wedel i masarnia Sokołów. 

Ale gdy spojrzeć na to chłodnym okiem, to rzeczywiście chłopina ma rację. Wszak kobitki bez facetów, to jak Coca bez Coli czy Lech bez Jarosława. Tak to już jest, że babki lubią czytać o facetach i już widzę, jak po moim pierwszym zdaniu udały się na doradzany spacer. 

„Chwilowo znam tylko jedną rzecz gorszą od pieprzenia o walutowym holocauście - rozważania o kryzysie męskości. Za każdym razem wyobrażam sobie oblicze, które jest połączeniem twarzy Jacka Żakowskiego i Wojciecha Eichelbergera, i pyta grzmiąco: jak my, mężczyźni, mamy dostosować się do wyzwań ponowoczesności?
Odpowiadam: nijak. Nie musimy. Jesteśmy dostosowani. Jesteśmy w najzajebistszym dla mężczyzn momencie historii, kiedy w końcu nie trzeba gołymi rękami polować na mamuta i umierać za ojczyznę, nawet nie trzeba utrzymywać samemu domu z mieszkającą tam osobą cierpiącą na migrenę, bo po latach starań zagoniliśmy je do roboty (i wmówiliśmy im, że to ich sukces: panowie, jesteśmy geniuszami!)”

Ależ powiało optymizmem. Tylko Wyborcza coś fałszuje. Bo tam rządzi Męska muzyka. Projekt zapowiadał się ciekawie. Zaczęli od wywiadu z Baumanem i od dwóch listów od czytelników napisanych przez redaktorów GW. Potem już było mniej intrygująco. Ale ja wiem dlaczego. A właściwie my, bo doszedłem do tego w czasie kolejnej ogólnorozwojowej dysputy z MX. Ustaliliśmy, że ostatnio w muzyce rządzą dziewczyny. Na scenie brylują same fajne kociaki. Kat Power, Kat Copy, Kat Stevens...