wtorek, kwietnia 28, 2009

wojtek człowiek mann

Wczoraj byłem trochę zabiegany. Dziś nadrabiam zaległości. Jestem fanem Wojciecha Manna. Poczucie humoru najwyższej próby. Godne pozazdroszczenia. No i jakie zdolności profetyczne! Przekonałem się o tym w poniedziałek, dzień po ostatniej niedzieli. Otóż, owej ostatniej niedzieli, miałem długą rozmowę telefoniczną z MNŻ. Dyskusja była ostra, choć tak naprawdę, co do meritum oboje byliśmy zgodni. Jednakowoż rozstawaliśmy się z przekonaniem, że stoimy na odmiennych stanowiskach. Taki rytuał. 

Aha, żeby nie było. Podmiotem naszej rozmowy była osoba trzecia. I jakież moje zdziwienie było w poniedziałek, gdy zajrzałem na ostatnią stronę Dużego Formatu. Czysta poezja na czas wiosennego zakochania i świetna pointa rozmowy zarazem.

„Nastała wiosna, pączą się pąki, soki raźniej krążą w zdrewniałych częściach organizmów, pobudzając je do, bywa, zapomnianych zimą chęci i zainteresowań.”

Komentarz muzyczny wykonał inny pan. Też fajny.



niedziela, kwietnia 26, 2009

połączyła nas piłka

- I co, małżeństwo ci służy? 
- Służy. Straciłem 10 kilo.
- Mi też służy. Mi przybyło 10.

Dialog dwóch kumpli, którzy nie widzieli się niemal dwa lata. Słuchałem rozbawiony rocznych małżonków. Duża to radość z odzyskanego przyjaciela. I gdyby nie przypadkowe spotkanie tydzień temu i dzisiejszy mecz, pewnie byśmy o sobie zapomnieli. 

Tak w ogóle, to miałem oglądać szlagier wiosny z MNŻ, z trybun przy Łazienkowskiej. Nie udało się. Znów nie z naszej winy. Na pocieszenie było spotkanie w męskim gronie. Z piwem i chipsami. Choć z MNŻ mecze ogląda się świetnie, to z chłopakami też było całkiem fajnie.Tylko wynik do dupy. 

Skądinąd cały weekend był pod znakiem rozmów o małżeństwie. Wczoraj odebrałem zaproszenie na ślub. Wiedziałem, że tak się skończy. Znali się sześć lat. Że coś się kroi, uświadomiłem sobie późnym latem roku ubiegłego. Gdy próbowałem umeblować swoją dziuplę szwedzką tandetą, otworzyłem w tymże sklepie szafę. A tam oprócz stosu wieszaków i masy półek, dwa pudła na ubrania. W dodatku podpisane: Darek, Marta. 

No i jesienią dokonano formalności. D. zrobił niespodziankę, nakupił podgrzewczy i żeby romantycznie było, chciał ułożyć: Kocham Cię. Układał razem z przyszłą szwagierką, bo to i równo trzeba, i wszystko szybko odpalić. Wypisali już „Kocha” i zaczął się problem. Skończyły się świeczuszki a napisu brak. Siostra przyszłej panny młodej wpadła na genialny pomysł: piszemy po angielsku. „Love” świeciło się niemal po hollywódzku, a pomysł okazał się bardzo trafiony, bo M. akurat angielski trochę kmini.

Piszę o nich czule, bo to prawie moja rodzina. M. nie raz, nie dwa próbowała mnie wyswatać ze swoją siostrą. A już szczególnie, gdy przypadkowo dorwała jakieś moje zdjęcie w gazecie. Normalnie nie było opcji, żebym się nie ożenił z panną S. Za to wczoraj M. mnie zaskoczyła:
- Wiesz, związała się już z kimś.
- Ale tak na poważnie?  
- Wygląda na to, że tak.
- Aleee, na weselu będzie taka moja koleżanka... W sam raz dla ciebie. Niesamowita lufa. Włosy do ramion, prawniczka...

No tak, M. zawsze bardziej dbała o innych niż o siebie. Aha, i ma JESZCZE JEDNĄ młodszą siostrę...

czwartek, kwietnia 23, 2009

książki

Dziś Międzynarodowy Dzień Książki. Z tej okazji przytargałem do domu trochę makulatury. W jednej z sieci prasowo-książkowo-muzyczno-perfumowej była całkiem zacna promocja. Kupisz pan dwie książki, trzecią dostaniesz gratis. Dwa razy się nie zastanwiałem.

Moris Farhi - Młodzi Turcy - żeby mieć o czym z przyjacielem rozmawiać
Kamila Sławińska - Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny - żeby MNŻ nie przestała mnie lubić
Nick Hornby - Futbolowa gorączka - żeby mieć o czym pisać na nowym blogu

No i gazet różnych też naniosłem.

Przekrój - kompletnie nie ma nic do czytania. Wywiad Najsztuba z Michnikiem? Nie wiem za kogo bardziej się wstydzić. Kto im to wydrukował??? Rozmowa przy piwie a nie do gazety. Nudna, przewidywalna, lizusowska, marudna. 

Nowe Książki - skusił wywiad z Agatą Bielik-Robson - „Nie lubię elit”. Ja też nie! Dyktatura naburmuszonej pseudointeligenckiej hordy z pretensjami do wychowywania narodu. A wywiadzie o filozofii. „po pewnym czasie zrewidowałam swoje poglądy na temat dekonstrukcji, zwłaszcza derridiańskiej, bo ona, w przeciwieństwie do dekonstrukcji de Mana, nie sprowadza się do czysto negatywistycznego, depresyjnego ćwiczenia z bezradności.” Ale AB-R jest też trochę normalna. „Dla mnie jest oczywiste, że gdzieś tam w kącie leci David Bowie, Sex Pistols, Clash, The Who, albo jeszcze coś innego, a ja czytam sobie Becketta albo „Krytykę czystego rozumu”.

Brief - tu natomiast skusił Palikot w berecie na okładce. A w środku rozmowa: „Można powiedzieć, że jestem na etapie przyciągania uwagi, zdobywania 80 proc. rozpoznawalności. Swoją drogą, dość niebywałe jest, że na politycznej scenie są obecni politycy z 10-cio czy 20-letnim stażem i nie są tak rozpoznawalni jak ja...” Może dlatego, że w czasie konferencji prasowych nie gmerają przy plastikowych fallusach.

Tygodnik Powszechny - rzecz jasna całość. Ale jeden wywiad szczególny. Z Bożeną Umińską-Keff.
- Pierwsze skojarzenia ze słowem matka?
- Dominacja i cień.

Wracam do czytania.

  

środa, kwietnia 22, 2009

muza

Wracjając z futbolu, spotkałem w tramwaju kolegę z pracy. Kolega zagadnął wymęczonego karafkękafki:
- Fajnej muzyki słuchasz. Widziałem na facebooku.
A potem się pochwalił, że jedzie do Pragi na koncert Tiny Turner.

wtorek, kwietnia 21, 2009

łyso mi

Wczoraj byłem u fryzjera. Niestety pan Tomek na urlopie. Swoją głowę musiałem oddać w ręce obcej fryzjerki. A że wiele pań poczuło dziki zew wiosny i postanowiły się wypięknić, to miałem chwilę na przegląd prasy. I tak czekając na swoją kolej, rzuciłem okiem na Fakt. Zawsze zaczynam od końca. Aż mnie zmroziło. Mimo, że Zuzanna z Lublina (22l.) nie odbiegała jakoś od codziennych standardów Faktowych, to tekst obok spowodował, że oblałem się zimnym potem.

„Olga (28l.), fryzjerka z salonu w mieście Kaługa, potrafi nie tylko czesać, ale zna też sporty walki. Dzięki temu znokautowała kopniakiem bandytę, który z pistoletem w ręku wbiegł do jej zakładu.

Potem dzielna kobieta związała go, zaciągnęła do piwnicy, przykuła do kaloryfera. Po pracy kazała mu się rozebrać, połknąć viagrę i zabawiała się z nim przez dwa dni. Później go wypuściła. Taką wersję na milicji przedstawił przerażony bandyta, Wiktor (32l.), który sam zgłosił się na komisariat.

Fryzjerka twierdzi natomiast, że tylko dwa razy kochała się z włamywaczem, przynosiła mu jedzenie, dała dżinsy i przed wypuszczeniem tysiąc rubli.

Tak czy owak, oboje są teraz za kratkami. Ale w oddzielnych celach.”

Jak byłem mały, chodziłem do salonu, którego właścicielką była Joanna Włosek.

niedziela, kwietnia 19, 2009

melanż

Ej, chłopaki, ale napiszecie o imprezie na blogach? - zapytał wczoraj Kapi. W zasadzie czemu nie? Duże zbiorowiska ludzi zawieszonych między ostatnią piaskownicą a pierwszym siwym włosem, zawsze są świetną kopalnią tematów i refleksji natury wszelakiej. W dodatku trzydziestkę kończy się tylko raz w życiu. 

I impreza też była wyjątkowa. Zaczęło się od tego, że spóźniłem się na zbiórkę z MX! I to aż 10 min. Chyba drugi raz w życiu. Wszystko przez wysyłane jedną ręką smsy do MNŻ i operowanie maszynką do golenia drugą ręką. Zabiegi estetyczne okazały się konieczne, bo już powoli zaczynałem wyglądać jak nieślubne dziecko mułły Omara i Ester spod Tel-Awiwu. Teraz znów przez dwa tygodnie będę przypominał środkowego Europejczyka. 

Gdyby na początek było mało kłopotów, to jubilat zdybał nas przed klatką na wpisywaniu dedykacji do książki. Oczywiście kto ją wymyślił, nie powiem, co by się nie chwalić. A brzmiała ona tak: „I stało się. Piękny Trzydziestoletni. No, w każdym razie trzydziestoletni...”

Jak weszliśmy do domu, aż nas cofnęło. Przecież on nie może mieć tylu znajomych?! Jakby pół facebooka przyszło. Dużo nowych twarzy. Nasze szczególne zainteresowanie wzbudzili młodzieńcy w gustownych bluzach i nowiutkich adidasach. 
- Znasz ich? - zapytaliśmy jubilata. 
- Nie wiem kto to jest. Przyszli z moim kolegą malarzem. Zawsze z nim chodzą na imprezy. Na jego wernisażu też byli. 

No to zdębieliśmy z MX, bo w takim razie, albo ochroniarze, albo gruppies. Tyle, że ten ich malarz na jakiegoś bardzo znanego nie wyglądał, więc po co by mu ochrona? Z drugiej strony (Wisły) to chłopaki byli z Pragi, więc jak to gruppies? Do końca wieczoru pozostali dla nas zagadką, poruszając się po mieszkaniu zbitym, acz głośnym stadkiem a na ich twarzach nie odmalował się ani razu wyraźniejszy ślad głębszego procesu myślowego.

Dzięki MX za to ja musiałem się nagimnastykować intelektualnie, by wyjść z pata, w jaki naumyślnie wprowadził mnie mój przyjaciel. Na papierosie rzucił na głos, że jestem neokonserwatystą. Ileż to się musiałem natłumaczyć, że neokonserwatysta to zupełnie ktoś inny od konserwatysty. Prawie wykład o amerykańskiej myśli politycznej ostatniego półwiecza zrobiłem w kwadrans. Żeby było mało, potem musiałem odpowiadać na uwagi, refleksje, przemyślenia (?) - cholera wie co to było - jednej z malarek. Coś jej się ubzdurało, że jakaś rewolucja będzie, że kapitalizm ledwie się trzyma, i że ona czuje, że coś się wydarzy. No i wydarzyło się. Poszedłem z MX na kebab, bo już dłużej tych wypocin mocno zmęczonego umysłu słuchać się nie dało. Trzeba było się posiłkować wycieczką, bo na stołach zostało już niewiele. Jakaś sałatka z samej zieleniny i jakaś owocowa. Czyli coś dla królików albo dla modelek. Ja tam do żadnej z wymienionych grup się nie zaliczam, więc poszliśmy zacieśniać przyjaźń polsko-turecką.

Wróciliśmy już z pełnymi brzuchami. Trzeba było rozejrzeć się za rozwojową dysputą z niewiastami. W rogu pokoju siedziały trzy. Jak się potem okazało to dwie, ale MX chciał się zakładać, że cała trójka to babki. No i przegrałem trochę forsy. Mogłem obstawić. To ja miałem rację. W pewnej chwili doszedł do nas głos jednej z niewiast: „Życie jest pełne zła.” Aż się zapaliłem i już szturcham MX i mówię, że to prawda. Bo moim zdaniem nie jest tak, jak chciał św. Tomasz Akwinata, że zło jest brakiem dobra. To Dostojewski, GH-G i jeszcze kilku im podobnych, mieli rację, twierdząc, że zło jest immanentną częścią każdego człowieka. Jak się zawinął, ino metkę na dżinsach zobaczyłem. 

Atmosferę rozluźnił gospodarz, który dumnie chodził i obwieszczał, że zaraz przyjedzie osiem niewiast i będzie super fajna zabawa. No tych opowieści to my już się trochę przez parę lat nasłuchaliśmy, więc za bardzo się nie podpalaliśmy. Po dwóch godzinach panicznych telefonów dotarła... jedna. Pozostałe siedem dziewcząt z Albatrosa, zostało w knajpie, w której kiedyś podobno, spotkaliśmy tę jedną, która dotarła, i podobno ta jedna to mi się nawet podobała. Przywitałem się grzecznie, podałem łapkę, wymieniając kurtuazyjnie kilka zdań okraszonych stosownymi żarcikami, zastanawiając się jednocześnie czy ja wtedy byłem tak napruty, czy Kapi znów coś pokręcił. Znam siebie na tyle, żeby bez obaw postawić na drugą ewentualność. Trochę męczy już to wciskanie mi niewiast z co prostszymi nogami i niechby tylko w miarę kumatych. Nie ma kompromisów. Albo najwyższe noty, albo nie ma o czym gadać.

W końcu znów się nawinęła malarka przeczuwająca rewolucję (nie ma o czym gadać). Tak sobie jedliśmy w czwórkę chipsy, aż zauważyła na parapecie pokrojonego ogórka. Jeden kawałek sama zjadła, drugi próbowała nam wcisnąć. MX jak zwykle dał nogę, a ja stanowczo odmówiłem. Śmiertelnie obrażona opuściła nasze towarzystwo. Kolega, który w czasie dyskusji przyznał się, że nie wie kto to Szymon Hołownia, nie był brany nawet pod uwagę. Tacy jak on pierwsi trafiają do piekła. Nie wie kto to Hołownia??? 

Co dziwne, na urodziny nie dotarła policja. To znak, że artyści nie bawią się już jak kiedyś. Za to Kapi mówi, że za tydzień znów będzie impreza.

sobota, kwietnia 18, 2009

5-10-15

Dziś Moja Niedoszła Żona zapytała mnie czy może sobie kupić różowe trampki. No, w zasadzie tak. Różowy to ładny kolor. Nawet ta, jak jej tam, Joanna Rutowicz, nie zniechęci mnie do tego koloru. Skądinąd ja kiedyś MNŻ pytałem czy zielone trampki dla chłopca to nadmierna ekstrawagancja. Powiedziała, że nie. Fajnie. Wszystko wskazuje na to, że oprócz białych, szarych, czarnych i granatowych, będę miał też zielone. W dodatku dziś ulubiona gazeta MNŻ na okoliczność nowego filmu Allena, napisała o Javierze Bardemie: „macho w trampkach”. Spodobało mi się.

PS. Wiecie co? Jestem z siebie cholernie zadowolony. Udało się okiełznać piętnastkę. Oj, źle kombinujecie robaczki... O bieganiu mówię. Dwa tygodnie temu było pięć kilometrów, tydzień temu dziesięć, a dziś wreszcie udało się pokonać piętnaście. 1. 17 min.  Za tydzień dwadzieścia i kończymy zabawę. Starczy tego dobrego.  

wtorek, kwietnia 14, 2009

damska torebka

Poświąteczne porządki. Konieczne. Najpierw te na facebooku, potem domowe. Wywaliłem kwiaty. Najzwyczajniej w świecie pousychały. Podlewanie raz na kwartał okazało się niewystarczające. Pozbyłem się też jabłek. Nie jem ich, nie lubię. 

Gdy MX wczoraj wszedł i zobaczył dwa półmetrowe stosy gazet, od razu wypalił: „Rany, ile gazet?!” No to dziś się trochę przekopałem przez tę makulaturę. Głównie Męska muzyka. Im więcej tego czytam, tym bardziej nic nie wiem. 

W głowie mam za to Damską torebkę. No, w sensie, że wszystko powywalane do góry nogami. Jeden wielki bałagan i nic potrzebnego znaleźć nie można. Same śmieci, z których nie ma jak skorzystać. Trzeba to wysypać i przejrzeć. Zrobić przegląd co się jeszcze kiedyś przyda a czego można się już pozbyć. Trochę to potrwa.  


niedziela, kwietnia 12, 2009

ale jaja

Piątek. Dziwny to czas. Tak szybko wszystko się zmienia. Wychodząc z domu coś mnie zatrzymało. Wbiłem wzrok w kalendarz. Marzec. Zmieniłem na kwiecień już po powrocie. Miesiąc mnie nie było?

Sobota. Mycie okien. Pierwsze w życiu. Kolejna sprawność po nauczeniu się obsługiwania pralki kilka tygodni temu. Też nie trudne. Przeleciałem szmatką i spryskiwaczem. Błyskawicznie poszło. Tylko jakoś w mieszkaniu jaśniej się nie zrobiło. I nagle olśnienie. Z drugiej strony też trzeba wyszorować. Było trudniej. Balansowanie na parapecie dziewiątego piętra najłatwiejsze nie jest. Może nie są to najczystsze okna w bloku, ale jestem z siebie dumny. Aha, pralka się niedawno popsuła.

Niedziela. Wesołych Świąt.

piątek, kwietnia 10, 2009

też fajnie

Ostatnio kolega z pracy opowiadał historyjkę z młodości. Gdy miał dużo mniej lat i kilogramów, to należał do warszawskiego towarzystwa narciarskiego. Czasy jakie były wszyscy wiemy. Brakowało nie tylko papieru toaletowego czy meblościanek. Nart też brakowało. Dlatego grupa zapalonych alpejczyków rozstawiała sobie kijki na górce w Królikarni. Potem pod nadzorem instruktora zbiegała między tymi kijkami.

Niby też fajnie, ale jednak to nie to samo.