środa, lutego 18, 2009

leci cytacik

Cholera, trochę narozrabiałem na zaprzyjaźnionym blogu. Dostałem nawet za to mały opieprz. No i wskazówkę: żebym powściągnął swoje literackie zapędy na jakiś czas. Że wcale codziennie nie muszę pisać. Hm, może i racja. Lepiej nie pisać nic, niż mają to być głupoty. Do rady się zastosowuję od dziś. Koniec z przemyśleniami. Ale nie poddam się bez walki. Choć cytacik z lektur najaktualniejszych zamieszczę. Ot, taka radość ciućkania cukierka przez papierek. Ale cóż, dobre i to.


„Dopóki będziemy mogli z ufnością wspierać się na sobie, nigdy nie będziemy słabi, a jeśli jeden z nas upadnie, to przynajmniej zostanie zaraz podniesiony. W okresie naszego dzieciństwa mogłeś u mnie zauważyć osobliwy skutek fałszywego doświadczenia, jakie zbyt wcześnie zdobywamy dzięki książkom. Nie ufałem żadnym szlachetnym uczuciom, oddawałem się im jedynie z pewnego rodzaju żalem, jak czemuś wspaniałemu, wszelako z natury nietrwałemu. Tak właśnie bylo z owym pięknym uczuciem przyjaźni, wydawało mi się bowiem, że jej ideał może się zrodzić jedynie w egzaltowanej wyobraźni pierwszej młodości. Tymczasem im dłużej żyję, tym mocniej wierzę, iż taka przyjaźń, jak sobie roiłem, może naprawdę istnieć i nigdy się nie zmieniać, niewątpliwie nie u wszystkich ludzi, ale u niektórych. Nie w każdym wieku może się zrodzić. Kiedy jednak już zaistniała, nie wiem, dlaczego wiek miałby ją osłabiać lub sprawiać, by zmieniała się jej natura, zwłaszcza u ludzi, którzy znając całą jej wartość, nieustannie ją pielęgnują i nie dopuszczają, by zmieniło się jedynie, co ją podtrzymuje - zaufanie w sprawach zarówno wielkich, jak małych.”

„Pozwoli Pan, drogi Przyjacielu, że nie złożę Mu gratulacji z okazji tego, co się stało. Prawdę mówiąc Pańskie szczęście kosztuje mnie tak drogo, że nie potrafię się silić na wesołość. Zrobiłbym wszystko co w ludzkiej mocy, by do tego wydarzenia* doprowadzić, ale nie mogę szczerze się nim cieszyć.”

To z Listów Tocqueville'a. Kto nie wie kto to taki, niech sobie wygugla. Nie chce mi się tłumaczyć kim był mój ulubiony pisarz polityczny. 

* Akurat w tym przypadku, nie chodzi o to, co chodzi Wam po głowach. T. pisze o awansie  zawodowym swego Przyjaciela.

PS. Jak długo potrwa kwarantanna? Bóg raczy wiedzieć. To nie ode mnie zależy.
PS.2. Wystarczy zajrzeć na zaprzyjaźniony blog, by się przekonać, że cholera niesubordynacja opłacała się.

poniedziałek, lutego 16, 2009

Khrasnal

Pozwólcie, że wrócę jeszcze do weekendu. Jak wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one.
Kurde, nie do końca. A właściwie nie. Już tak mam, że dużo rzeczy robię na odwrót i lubię powiedzieć „nie”, gdy wszyscy mówią „tak”. W dodatku fajnie jest się bawić pozą dyletanta, ignoranta, ba - sympatycznego głupka. Gdy w czasie dyskusji z artystami powiedziałem, że fotografia to nie sztuka - mało ze stołków nie pospadali. Żeby było śmieszniej, powiedziałem jeszcze, że wolę fotoreportaż, który stara się pokazać element skomplikowanej rzeczywistości i mimo, że to tylko rzemiosło, to jest w tym coś fascynującego i zmuszającego do myślenia. Tak, wolę zdjęcia, które coś mówią, niż skomplikowane i wydumane mazy, które nie wiadomo co znaczą, choć rzeczywiście ładnie się nazywają - fotografia konceptualna.

I jak ten stygmatyk wytykany pacami wracałem do domu z podkulonym ogonem. Aż tu przyszła odsiecz bratniego Dziennika. Nieoceniony Mazurek zrobił wywiad z Whielkim Krasnalem - artystą malarzem. Okazało, się że niekoniecznie wielką sztuką jest to, co nam oświeceni wmawiają. „...o istnieniu Sasnala dowiedziałem się jakieś dwa lata temu. Usłyszałem, że to szczytowe osiągnięcie malarstwa w ogóle, a zdaniem dyrektorki Zachęty obowiązkiem narodowym jest obejrzenie wystawy Sasnala. Poszedłem, zobaczyłem i myślałem, że się zes...m. Większej tragedii w życiu nie widziałem! Na domiar wszystkiego kupiłem sobie „Przewodnik Krytyki Politycznej” o Sasnalu i ze...m się podwójnie.” 

To tylko moda, moda, moda... na malarzy, intelektualistów, pisarzy, muzyków, tolerancję, rewolucję.... Największy bełkot zyskuje status prawdy objawionej. „To dokładnie tak jak ich działalność, ktora jest na maksa banalna i trywialna. To tak proste, że aż prostackie, więc jak z nimi walczyć? Tylko ich własną bronią. Zresztą my nawet w tej kpinie z ideologicznej sztuki jesteśmy bardziej wysublimowani i inteligentniejsi niż oni, ktorzy robią to serio i angażują się bezgranicznie. My mamy do siebie i tego, co robimy, większy dystans.”

Panie Khrasnal, to, że król jest nagi wiemy od dawna. Ale co z królową?

niedziela, lutego 15, 2009

parówka Palikota

Widziałem wacka Palikota, a potem postawiłem mu śniadanie. Hm, proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Wszystko wyjaśnię. 

Piątek trzynastego. Lepiej siedzieć w domu i nic nie robić. Ale nie tym razem. Zaczęło się od wzruszającego poranka, potem napięcie systematycznie rosło. Życie nabrało tempa. Dwa tygodnie umawiania wywiadu to dość czasu, by się pochylić nad pytaniami. No i pokarało. Wywiad nie będzie po południu, a za 40 min. Pytania się ułoży w taksówce. Ale może to i dobrze, bo jak się nie znosi gadania z taksówkarzami, fryzjerami, współpasażerami, to jest przynajmniej alibi na milczenie.

Niestety, jak się jest inteligentnym trzeba cierpieć. Pytania ułożone, a my dopiero na Niepodległości. Do Bristolu kupa czasu. No i się zaczęło. Najpierw poleciała historia ze szpiegującą sąsiadką, która musi wszystko o wszystkich wiedzieć. Gdy pan taxi miał Syrenkę i naprawiał na podwórku, ona dzielnie statystowała na progu domu, łapiąc świeże powietrze. Bardzo świeże, bo to październik był, a ona w przewiewnym sweterku. Podsunąłem myśl panu taxi, że mógł jej powiedzieć, aby poszła założyć coś cieplejszego, a on na ten czas wstrzyma reperowanie samochodu. Obiecał, że następnym razem tak zrobi. Nie mam powodów, by mu nie wierzyć. To inteligentny i wyszktałcony pan taxi. Dokładnie po technikum żeglugi śródlądowej. Pływał po Wiśle. Miał dziwnego kapitana. Facet po pięćdziesiątce i kawaler. W dodatku zadurzony „w pani nazbyt lekko prowadzącej się” jak zgrabnie ujął to pan taxi. Stale mieli z nim problemy. A to pokład kazał czyścić, a to wiadro zardzewiałych śrub wyszlifować. Oddech pojawiał się w jednym momencie: kapitan dostał na mieście w oko, to znak że będzie dwa tygodnie spokoju.

Dojechaliśmy. Wpadam do Bristolu, a tu Kazik Marcinkiewicz. Szczuplutki, opalony, uśmiechnięty. Proszę jak kłopoty rozwodowe mogą sponiewierać człowieka. Wyjątkowo byłem wcześniej, więc poszedłem zrobić jeszcze siku. Wpadam do tojlet, a tu nad pisuarem Palikot się buja. A to znaczy jedno: Palikot ma wacka! Przecież nie będziemy się witać z wackami na wierzchu, poszedłem do kabiny. Poznaliśmy się dopiero przy stoliku. Janusz poprosił panią kelnerkę „o jakąś małą paróweczkę i bułkę”. Dostał dwie parówy i dwa frankfurterki. Parówki mu niesmakowały, ale kiełbaski wtrynił. Wywiad jak wywiad. Chciał płacić, ale powiedziałem, że ja ureguluję. Dobrze, że się nie opieral, bo bym stracił jedyną okazję w życiu stawiania milionerowi. 

W wywiadach najciekawsze następuje zawsze w momencie, gdy naciśnie się przycisk stop. 
- A pan poseł to tak spokojnie pewnie długo nie wytrzyma?
- Nie, teraz muszę być spokojny, bo mi obiecali, że jak będę cicho przez najbliższe trzy miesiące, to wrócę na szefa komisji.
- Ale jak pan wróci, to pewnie coś pan tam wymyśli Kaczyńskim?
- No pewnie, już kombinuję jaki numer im wykręcić. 

Kapitan jak dostał w ryj, siedział cicho dwa tygodnie. Palikot jak da w ryj, to też siedzi cicho przez jakiś czas. 


sobota, lutego 14, 2009

13+1

Walentynki. Zaraz po Sylwestrze najbardziej przereklamowany dzień w roku.

Myśl dnia: Zakochałeś się od pierwszego wejrzenia? Spójrz potem po raz drugi.

wtorek, lutego 10, 2009

bieda

Podobno przyjaciół poznaje się w biedzie. Ale jak ich poznać, gdy bieda nie doskwiera?

Kiedyś w Polsce to była Bieda! Na imię miała Jarosława. Skakała wzwyż. Na IO w Rzymie w 1960 zdobyła nawet srebro. Ale nie to było najważniejsze. Sukcesy sportowe przyćmiewała nietuzinkowa uroda pani Jarosławy. Ulegali jej wszyscy. Nawet czołowi łamacze serc niewieścich tamtych czasów. I tak, podczas zawodów lekkoatletycznych na Stadionie Dziesięciolecia Gucio Holoubek odwraca się do siedzącego kilka rzędów wyżej Adama Hanuszkiewicza i próbuje przekrzyczeć tłum kibiców:
- Adaś, taką Biedę to ja mógłbym klepać codziennie.  

poniedziałek, lutego 09, 2009

'89

Zawsze chciałem wziąć udział w debacie o pokoleniach. „Dziennik” taką okazję właśnie stworzył. - Więc jeśli nie teraz, to kiedy? Jak nie kiedy, to gdzie? - jak mawia mój szef. 

Pokolenie roku '89. Jakie jest, co je ukształtowało, czym się różni od poprzednich. Dyskusja o pokoleniach zawsze jest płodna i ciekawa. Każdą bzdurę i każde uogólnienie da się przepchnąć, bo w takiej masie zainteresowanych zawsze znajdzie się kilku dewiantów, którzy będą potwierdzeniem najbardziej karkołomnej tezy. 

I tak, było już pokolenie Y, pokolenie Nic, pokolenie MP3 oraz to naważniejsze - Pokolenie JPII. Moje ulubione. Idealnie podsumowujące wszelkie takie dyskusje. W nim zmieści się każdy - od tych urodzonych w 1920 roku (tak jak Karol Wojtyła) do tych z 2005 r. (śmierć JPII). Wszyscy się w tym pokoleniu odnajdują i świetnie czują. Najdłuższe pokolenie w historii świata. 
  
Z pokoleniem '89 nie pójdzie już tak łatwo. Oni są Inni!!! Nie pamiętają komuny, ich ukształtowała demokracja. Szok! Jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że te dzieci chodzą po świecie, że są obok nas. A dziś? Nawet z nimi gadamy, ba z niektórymi można się zaprzyjaźnić. Ale czy tak naprawdę jest możliwa nić porozumienia? Czy to nie są dwa światy, które patrzą na siebie jeśli nie ze zdziwieniem, to chociaż z taką lekką nutką nieufności? 

Tak, nie pamiętają komuny. Kibicowali starszym podczas referendum unijnego, ale to my musieliśmy podjąć tę obrzydliwą decyzję czy się sprzedać zachodowi za parę miedziaków czy zostać w polskim bagnie sam na sam z bohaterską historią. 

Dla nas Pewex to sezam, w którym ukryte były skarby do szczęśliwego dzieciństwa. Klocki Lego, dżinsy, dezodorant Old Spice, który z sentymentem do dziś nosimy pod pachą. Dla nich Pewex to kultowa knajpa, w której antyglobaliści przez dwie doby knują jak zmienić świat nie za swoje pieniądze.

Gdy my z patykami udającymi supernowoczesne karabiny, uganialiśmy się po piaskownicach i krzakach, oni siedzą samotnie przed komputerem i rozkminiają jak przejść do drugiego levela w Counter-Striku. W ogóle od komputera nie odchodzą, bo znajomych mają tylko w wirtualu. Ścigają się w ilości znajomych na Facebooku i Gronie, jak my ścigaliśmy się kto zdobędzie więcej skalpów w czasie zabawy w indian i kowbojów. 

Dla nas idolem był Michael Jordan. To on zmuszał do wstawania o 3 w nocy, by oglądać pasjonujące finałowe pojedynki z Los Angeles Lakers, Houston Rockets czy Utah Jazz. Oni wstają o tej samej godzinie, by oglądać debaty z czarnoskórym kandydatem na prezydenta. My nosiliśmy koszulki Chicago Bulls oni Baracka Obamy. Skądinąd też z Chicago.

Gdy nasza wycieczka szkolna nie mogła się obyć bez kanapek w sreberku, walkmena na uszach i reklamówki ulubionych kaset. Oni uzbrojeni w różnokolorowe iPody od razu walą do Maca na kawę i cziza.

Gdy my otrzymywaliśmy telefony komórkowe jako znak pełnoletności, oni komórkami ustawiali się na lepienie babek w piaskownicy. Czytania uczyli się nie na elementarzach, ale na esemesach.

Nasze pierwsze piłkarskie wspomnienia sięgają finałowego meczu Holandia-ZSRR, gdy coś podskórnie kazało nam kibicować pomarańczowym. I te emocje odżywają po dwudziestu latach na Euro 2008. W tym samym meczu, dwie dekady później wygrywają Rosjanie. A oni? Przygodę z piłką zaczynają pewnie gdzieś na mundialu we Francji w 1998 r., gdzie dominuje i zachwyca reprezentacja trójkolorowych ze swym generałem Zizou.

Jeśli jeszcze nie wierzycie, że oni są naprawdę inni, cytacik z „Dziennika”. Monika pisze o swoich rówieśnikach: Mamy wspólne marzenia: chcemy mieć rodzinę i dzieci, tęsknimy za miłością i przyjaźnią, stawiamy na wiedzę i wykształcenie. Mało?

Dużo jak cholera. I jakże odmienne marzenia od poprzednich pokoleń...

czwartek, lutego 05, 2009

nowy dwutygodnik

Tego nikt się nie spodziewał. Pojawia się nowy gracz na rynku prasowym. Z połączenia Zwierciadła i Tygodnika Powszechnego, ma powstać  nowy dwutygodnik. Nowopowstającą redakcję ma zasilić spory zaciąg dziennikarzy N., włącznie z niżej podpisanym. Siedziba redakcji ma być w Alejach Jerozolimskich 181. Dawnej redakcji N. Więcej szczegółów ma się pojawić w poniedziałek. Jeszcze miałem dostać informację, kto będzie naczelnym, ale nie udało się. Budzik zadzwonił. Godzina 6.05.

bezdroża

„Droga do szczęścia”. Długa i prosta, niby autostrada, po której można gnać bez opamiętania. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Spełnienie i beztroska. Rozleniwienie. Nuda normalności. Czyżby? Niech zabraknie gestu, spojrzenia, pocałunku, słowa. Potem już tylko oszukiwanie samego siebie i innych. Albo inaczej. Niech będzie o jeden gest za dużo, o jedno słowo za wiele, o sporzenie zbyt puste. Wystarczy niewłaściwy ruch i wszystko wali się jak domek z kart. Teraz droga do zatracenia. Długa i prosta, niby autostrada. Znajoma? Tak, to ta sama droga, tyle że w odwrotną stronę. I tylko czasem nie wiadomo, w którym kierunku ten pojazd jedzie. 

wtorek, lutego 03, 2009

Zamek

Liczba wpisów rośnie niczym ilość działaczy piłkarskich we wrocławskim areszcie.  I dziwne, że dopiero teraz pojawia się post o tytule nawiązującym do blogowego szyldu. Oj, żeby się nie skończyło jakimś procesem. 

Tymczasem powrót do przeszłości. Miesiąc temu właśnie na zamku. Daleko. Szukając na siłę powiązań z duchowym patronem bloga, można powiedzieć, że tuż przy granicy z Czechami. Miejsce niezwykłe. Kilkusetmetrowa góra, a na niej zamek. XIX-wieczny. Mieszkańcy też nietuzinkowi. Wychowankowie ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie. A wśród nich gwiazda. Stary chłopina o intelekcie kilkulatka, ale z życiową pasją: zbieractwo oraz śmieci. 

Jako typowy przedstawiciel cywilizacji koczowniczej wszystko zbiera. Gdy konserwatorom zginie młotek, kombinerki, paczka gwoździ wiedzą do kogo uderzać. 
- Słuchaj, nie widziałeś gdzieś może młotka? Przed chwilą tu jeszcze leżał.
- No. Schowałem sobie, żeby nie zginął - odpowiada za każdym razem wielce zadowolony, że może pomóc.

Ale nasz bohater najbardziej uwielbia grzebać w kubłach, co rusz wynajdując nowe skarby. Gdy zdezorientowani wychowawcy pytają: „Ale po co ci to?” On śmiertelnie poważnie odpowiada: „Przyda mi się”. I tak od lat. Zdesperowany dyrektor musi oddać nieużywaną komórkę w sąsiedztwie śmietnika, na przechowywane zdobycze. Co kilka miesięcy komórka jest gruntownie opróżniana, bo nawet pudełka zapałek nie da się już wcisnąć. Częściej, bo raz w tygodniu, można dzięki niemu regulować zegarki. Wystarczy spojrzeć przez okno. Jeśli już czuwa przy śmietniku, to znak, że zaraz przyjedzie ekipa śmieciarzy. Już dawno zdążył się z nimi zaprzyjaźnić. Raz na urodziny dostał od nich prawdziwy strój śmieciarza. To był najszczęśliwszy dzień w życiu. Trudno go było nakłonić, by potem założył coś innego. Mało tego, poprzyczepiał sobie z jednej strony medale, plakietki, odznaczenia jakie wychowankowie pozdobywali na zawodach sportowych. Rozbawieni wychowawcy tłumaczyli turystom trafiającym na zamek: „To stary radziecki generał, który zotał na zamku po wojnie.” Tak stał się jedną z największych atrakcji okolicy.  

Pisanie bloga też jest takim grzebaniem w śmieciach w poszukiwaniu błyskotek. Gromadzeniem słów, zdań, wyrażeń. Wszystko się może przydać, wszystko sią nada. Podsłuchiwanie, zapisywanie, zapamiętywanie. W pracy, w sklepie, tramwaju, u znajomych, obcych i w radiu. To już obsesja. Pod ręką musi być notes i ołówek, bo nigdy nie wiadomo kiedy do głowy wpadnie coś interesującego lub zasłyszanego. Już nawet zwykłe „dzień dobry” nie jest tak proste i czyste jak było dawniej. A nuż przyda się do bloga?

niedziela, lutego 01, 2009

Biegać, jak to łatwo powiedzieć

Odkrycie godne małego poszukiwacza skarbów. Ze stosu butwiejących gazet wyłonił się w miarę świeży Tygodnik Powszechny. Strony jeszcze niepożółkłe, gazeta w jednym kawałku, a i korniki dopiero poczynały się zastanawiać, który tekst zacząć rąbać od deski do deski. A wybór całkiem zacny: „Miękki twardziel”, „Wybór Zofii”, „Katolickie No logo”, „Niepoważny problem”. Jednak ten tydzień należał do jednego autora. Gdy wszyscy zastanwiają się czy nasz kołowy odpowiednio współpracuje z rozgrywającymi i czy Marcin Lijewski jest najprzystojniejszym polskim sportowcem, Marek Bieńczyk pochylił się nad bieganiem. 

Wiadomo, Bieńczyk pisze o sporcie, czas wstrzymać oddech i ogłosić święto. Znów będzie pieścił słowa z taką samą czułością z jaką Cristiano Ronaldo traktuje futbolówkę, będzie gromadził najpiękniejsze metafory jak Phelps olimpijskie medale, będzie się wspinał na szczyt swej elokwencji jak Lance Armstrong na najwyższe górskie premie, będzie szedł zapamiętale i wytrwale między akapitami jak Robert Korzeniowski za najlepszych lat, w końcu będzie lądował, hen za granicami naszej wyobraźni, jak czynił to przelatujący wszystkich pan Adam z Wisły. 

Posłuchajmy mistrza, który portretuje jednego z najwybitniejszych biegaczy świata: „To połączenie królika i karpia wyjętego nagle z wody. Tak jakby Zatopek biegł, aby Zatopka zniszczyć. Tak jakby inni pędzili, a on tylko umierał. Szlachetniej: tak jakby był Laokoonem, któremu udało się ruszyć z miejsca, lecz nie udało strząsnąć węży i w swym biegu rozpaczliwie się z nimi rozprawiał, to z lewiej, to z prawej strony. Tak jakby biegnąc, chciał wyzwolić się ze strasznej opresji, wyrwać z siebie demona, który siedzi mu w brzuchu, w nogach, w głowie. Skojarzenia można mnożyć bez końca, jeszcze wiele przychodzi mi do głowy.” Och, czyż właśnie nie za to kochamy pana Marka? Niech pan mnoży, dzieli i dodaje. Sługa twój słucha.

Oto jak tłumaczy fenomen biegacza, który wyprzedził swoją epokę o lata świetlne.  „Zatopek biegnąc przypomina niekiedy boksera walczącego z własnym cieniem, a całe jego ciało przywodzi na myśl zepsuty, porozbijany, bolesny mechanizm - jedynie nogi poruszają się harmonijnie i żarłocznie połykają dystans. Zatopek nie robi niczego, co robić się powinno i co robią inni biegacze”. 

Idźmy dalej. A w zasadzie biegnijmy, bo Bieńczyk narzucił szalone tempo. „Zatopek przybiega zawsze skądinąd; wygląda na człowieka bez właściwości, Kafkowskiego urzędnika, everymana. Ale zarazem, właśnie jako 'pan nikt', nie przestrzega sportowej 'normy', co kreuje go na samotnego geniusza, który się skumał z jakąs niewygodną dla wszystkich prawdą.”

I na koniec, bo to ostatnia prosta i meta już na horyzoncie: „Zatopek jest bardziej ludzki, bardziej nasz niż zdecydowana większość sportowców i zarazem bardziej inny, odwrócony spodem do góry. Reprezentuje nas wszystkich, tyle że karykaturalnie, skupia to, co w człowieku jest najsmutniejsze, najkomiczniejsze i najdzielniejsze zarazem. Chciałoby się przede wszystkim pochichotać, osadzić Zatopka w kliszy: w śmiesznej, komedianckiej naturze czeskości; wyobrazić sobie, że Syzyf jest Czechem, to na przykład już niezły powód do zgrywy. Ale nie, gdy śmiech targa brzuchem, po plecach przelatują ciarki.”    

Tak, gdy czyta się Bieńczyka oczy cierpną, a na języku pojawia się gęsia skórka. Aż samemu chce się chwycić za klawiaturę i bębnić w nią zapamiętale, tworząc najpiękniejszą symfonię złożoną ze słów, w której swoje role mają do odegrania oksymoron z przydawką, i górująca nad nimi parabola wyniesiona do granic aburdu przez hipostazę. Gdy pisze Bieńczyk przezroczystość swą jaskrawością bije po oczach.  Nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać na kolejny tekst Bieńczyka, będący komunią, tym swoistym zespoleniem sztuki pisania i czytania. 

Tyle od Bieńczyka. Starczy baroku, czas na pozytywizm. Trenującym pod rozwagę. Brać przykład z Zatopka. W przydomowym ogrodzie, rodzina Zatopków trzymała gęsi. Młody Emil je uwielbiał. Co ciekawe, one jego też. „Po kryjomu uchylałem im furtkę, aby zaznały nieco swobody, i biegłem drogą jak szalony, wołając je za sobą. Ptaki radośnie podążały za mną, tak że słyszałem ich tupot, jak również prawdziwie ogłuszający łopot skrzydeł unoszący się nad moją głową kiedy nagle z wyciągniętymi szyjami wzbijały się w powietrze. W ten sposób bawiliśmy się setki tysięcy razy, aż do końca ulicy. Musiało się to im podobać, tak samo jak i mnie, ponieważ czekały na mój powrót ze szkoły przy furtce. Mamę jednak niepokoiło to, że tak wolno przybierały na wadze. Kiedy dowiedziała się o naszej zabawie, szybko położyła jej kres, mówiąc: „Gęsi są po to, aby je tuczyć i aby znosiły jaja, a nie brały udział w zawodach sportowych.”

Gdy na IO w Helsinkach w 1952 roku zdobył złoto w swej koronnej konkurencji na 10 tys. metrów, było mu mało. Jego żona mogła się pochwalić złotem w rzucie oszczepem. Zmotywowany Zatopek podjął decyzję, że przywróci porządek w rodzinie i męską w niej dominację. Postanowił wystartować w maratonie. Rzecz jasna wygrał. W małżeńskim pojedynku Zatopek vs. Zatopkowa było 2:1 dla głowy rodziny. 

OK., starczy tego dobrego. Idę pobiegać.