poniedziałek, marca 08, 2010

183

Normalnie nie mogłem uwierzyć. Trzy razy czytałem i z podziwu wyjść nie mogłem. W ubiegłym tygodniu rzuciła mi się informacja, która o drżenie serca przyprawiła mnie, a innych z pewnością przyprawi. Z zazdrości. Jednych, że mają za mało, innych, że za dużo. Okazuje się, że ja akurat mam w sam raz. Jestem idealny, perfekcyjny, jakby na wymiar robiony.

„Idealnie zbudowanych mężczyzn jest naprawdę niewielu. Ideał kultury Zachodu to 183 cm wzrostu i 83 kg wagi, z wcięciem dokładnie w połowie sylwetki i torsem w kształcie litery V. Idealny mężczyzna to taki, który jest wystarczająco wysoki, żeby dobrze prezentować się w każdym otoczeniu, ale nie tak wielki, żeby straszyć dzieciaki. Nie za bardzo umięśniony ani nie za chudy, czyli o sylwetce przypominającej posągi ze starożytnej Grecji.”

Nic dodać, nic ująć. Wiosna zapowiada się obiecująco.

czwartek, lutego 18, 2010

Nowe życie

Jest coś w tych Turkach. Oczywiście myślę o tych prawdziwych, z krwi i kości, a nie wymyślonych przez blogera na potrzeby konkretnego święta.

W podeszłym wieku trudno się zakochuje. A już zupełnie ciężko wykrzesać w sobie nową miłość literacką. A jednak zdarza się. Mnie się tak ostatnio stało. Kto tak namieszał? Orhan Pamuk mu dali na chrzcie.

Zaczęło się od „Stambułu”, a potem już poszło. Przeczytasz jedno, chcesz więcej i więcej. Tak jest z „Nowym życiem”. Książce o książce.

Wiele takich było w literaturze. Każda na swój sposób fascynująca. A to schulzowski motyw księgi tajemniczej, która odkrywa nowe światy przed młodym adeptem sztuki życia i czytania; „Cień wiatru”, ta wyśmiewana przez niektórych, a przez znakomitą większość krytyków chwalona powieść przygodowa. Uwodzi tajemniczością i bezpretensjonalną radością z czytania;„Nocny pociąg do Lizbony”, odzierający warstwa po warstwie, tajemniczą postać autora jednej ledwie książki; długo by tak wymieniać.

Książki o książkach są chyba najciekawsze. Potrfią ostro namieszać w życiu. Czasem nawet wywrócić do góry nogami. W „Nowym życiu” przeczytamy:
„Byłem skłonny uwierzyć, że cała moja przyszłość należy do mnie, lecz tak naprawdę to ja znalazłem się we władaniu książki. Ona nie tylko przeniknęła mnie, niczym jakaś tajemnica czy grzech, ale sprawiła, że wpadłem w dziwny stan, jak ze snu - oniemiałem.”

To jest też dobre:

„Czytając książki, zawsze podkreślam wybrane zdania. Panu radzę robić to samo.”

Oczywiście podkreśliłem sobie podwójnie!

Jakoś wyjątkowo ta książka mnie zafascynowała. Ale są też głosy odmienne. I niestety, bardzo bolesne dla mnie. Opinia panny M. mnie powaliła. Tego się po niej nie spodziewałem. To ja ją zawsze bronię na forum publicznym, a ona mi taką krecią robotę funduje!

„Czy może być prawdziwie wielkim pisarzem ktoś, kto karmi czytelników takimi frytkami z ketchupem jak "Nowe życie”, udając, że to jest autentyczna strawa duchowa? (...) I myślę sobie, że być może międzynarodowe sukcesy Pamuka wynikają właśnie z tego, że jest to pisarz szczególnie pasujący do dzisiejszej duchowości przeciętnego zachodniego konsumenta. Przedstawia świat baśniowo, czyli w formie archetypów - ale takich trochę rozmytych, nie przesadnie głębokich i wstrząsających. Przerysuję, mówiąc, że trąci mi to trochę twórczością Coelhów, Danów Brownów i innych specjalistów od marketingu, wykorzystujących dzisiejszą potrzebę szybkiej i taniej głębi - ale coś tu jest, niestety, na rzeczy.”

Cholera. Sam już nie wiem, czy Noblista wielkim pisarzem jest. W każdym razie pannie M. już dziękujemy. Niech ona zajmie się swoją cudowną karierą.

wtorek, lutego 09, 2010

Wojewódzki (ale urząd pracy)

Choć w jakimś sensie pierwsze skojarzenie trafne. Przecież za stolikiem siedzi trzech gniewnych i odpytuje wystraszone kandydatki. A jeden to nawet w okularach i z takimi nastroszonymi piórami, co to może rzeczywiście W. przypominiać. Dlatego jutro idzie do pani Ani, popracować nad imidżem. Najlepiej tak, żeby do W. być podobnym już tylko w co złośliwszym komentarzu. Oj, a jest co złośliwie komentować. Dziś sobie odpuściłem. Jutro znów, a napiszę jak było wczoraj.

Znaleźć sekretarkę do biura wcale nie tak łatwo. Myśleliśmy, że to pikuś. Już nawet nie Pan Pikuś, ale taki zwykły, mały. Nic z tego. Z ponad tysiąca odwiedzin ogłoszenia, kilkudziesięciu pecevałek wysłanych na nasze skrzynki, wybraliśmy około 15 niewiast. Wyglądały na kumate. Okazało się, że tylko wyglądały.

- Jakieś gazety biznesowe w tym kraju są?
- No pewnie jakieś są.
- Aha, jakieś tytuły. Np. tych codziennych.
- Yyyyy. Może Forbes. Ale to chyba nie jest za bardzo biznesowa.

- W zainteresowaniach pisze pani „kultura Wschodu”, co się kryje pod tym tajemniczym hasłem?
- No Rosją się interesuję i wschodem.
- A wie pani, co się dzieje teraz na Ukrainie?
- No nie bardzo, co?
- Wybory prezydenckie się odbywają.
- Aha, no ja ostatnio na tym nie bazuję i mi umknęło.

- O studiowała pani w Kanadzie?
- Tak.
- Może nam pani przetłumaczyć fragment korespondencji z Komisji Europejskiej?
- Yyyyy, nie bardzo rozumiem ten tekst.
- W jakiej części Kanady pani studiowała?
- W anglojęzycznej.

- Gazety codzienne w ręku się czasem pojawiają?
- Czasem.
- Jakie?
- No Wyborcza.
- A wie pani kto jest naczelnym tej gazety?
- Hmmmm, wypadło mi z głowy.
- Adam Michnik, kojarzy pani takie nazwisko?
- Kojarzę.

To tylko przykłady kilku rozmów. Mnie ujęła najbardziej pewna brunetka o nienagannej figurze i dającej się zauważyć już na pierwszy rzut oka urodzie.

- Zainteresowania: sport. Pod tym się kryje się wszystko i nic. Coś więcej?
- Wzywyż skakałam.
- Oooooooooooo! Ile i kiedy?
- W gimnazjum. Trzy metry.
- Ile??? Rekord świata mężczyzn wynosi 2.40! Chyba za pomocą tyczki te trzy metry.
- No tak.
- No to nie wzwyż, ale o tyczce skok.
- Racja.

No i książki czyta. Nie żeby od razu Llosa, Hrabal czy Woolf. Ale grunt, że coś tam w ręku zdarza się jej trzymać. Ostatnio książkę o miłości. Ale spokojnie, nie romans. Tylko taką instrukcję naukową miłości. Że to podobno działa jak narkotyk, że się człowiek uzależnia, a potem to już ciężko się z tego wygrzebać.

W ogóle to moja faworytka. Nie dość, że bystra, to jeszcze ładna. A i dopytać będę musiał potem jeszcze o tę miłość. Jak zrobić, żeby się pochopnie nie zakochiwać i jak się skutecznie odkochać. Bo może w tej książce też o tym było. Zawsze na przyszłość dobra wiedza. Będę na nią głosował.

I po tych przesłuchaniach jak z idola, jedna refleksja. Niewielu ma talent. Dlatego moi drodzy, spieszcie się kochać inteligentnych przyjaciół, tak szybko odchodzą.

środa, lutego 03, 2010

bez głowy

Wczoraj robiłem jakiś risercz i zagnało mnie na forum niepelnosprawni.pl. Dwa razy czytałem jeden z wpisów, zastanwiając się, czy oni sobie jaja robią ze mnie, czy z siebie.

„Teraz moje pytanko (czas na coś nieco trudniejszego):
Włóczyłem się nikomu nie wadząc, aż tu nagle on się zjawia i mnie uzdrawia. Byłem dobrze zarabiającym trędowatym, a stałem się bankrutem bez środków do życia.”

I tak to się bawią, przerzucając cytatami z filmów. Ale za to z dystansem do siebie. Ot, żywot. Briana.

wtorek, lutego 02, 2010

sama trójka

Marek Niedźwiecki wraca do Trójki. Niespodzianka. Sam przyznaje, że wraca mocno poobijany. Koledzy w nowej-starej pracy śmieją się, że poszedł na dwa lata do złotych beretów. Trudny to powrót, ale przynajmniej będzie u siebie. Wraca też Chajzer Czejarek do Jedynki.

Nie przypadkiem żegnałem się w roku ubiegłym po radiowemu. Też chciałbym wrócić. Skoro chłopaki wracają...

Ale to już będzie inny blog. Pisany nie dla jednej osoby. Teraz odbiorcą będzie everyman. Będą zapiski dotyczące; i tu chciałem napisać, że z... ale przecież książek nie czytam, tylko kupuję, na filmy do kina raczej nie chodzę, a gust muzyczny mam z dupy. A coś trzeba będzie pisać. Już się o Was zaczynam martwić.

poniedziałek, stycznia 25, 2010

WCK

- Punk? Nie może być romantyczny!
- Wszystko może.

Film tyle dni temu obejrzany, a wciąż gra w środku. Dialog dwójki bohaterów miłości w czasach zarazy. Stan wojenny takim był.

I jeszcze jeden fragment. Tym razem dłuższy. Przeczytany pod koniec ubiegłego roku w jednym z periodyków literackich. Choć rozmowa bliższa, tak mi się wydaje, Gazetowej „Męskiej Muzyce”. Wywiad z młodym tureckim prozaikiem porównywanym do Kereta. Sekvet Kahveci tako rzecze:

Jest pan autorem książek, w których bohaterowie dużo czasu poświęcają miłości. Ale nie pisze pan o niej w sposób dosłowny. Więcej tam niedopowiedzeń, ironii, gry półsłówkami.
Nie jestem Stendahlem, nie chcę pisać jak Marquez, Goethe czy Bułhakow. Moim zdaniem miłości nie da się opisać. Dla każdego będzie czym innym. Nie ma jednego wzorca. Dlatego nigdy nie piszę o niej wprost. To byłoby zbyt łopatologiczne. Dla jednego słowo: „kocham Cię” będzie oznaczać: „uwielbiam jak mi rano robisz kawę”, dla innego: „dziękuję, że mnie nie zostawiłeś, gdy amputowali mi nogi”. Miłość niejedno ma imię.

Wierzy pan w miłość?
Droga pani, wierzy się w Mahometa, Jezusa czy Buddę. Miłość to się przeżywa.

Czym dla pana jest miłość?
Odpowiedzialnością i radością. Zawsze staram się pisać tak, by bohaterowie nie byli oderwani od swoich czynów. Żeby ponosili konsekwencje decyzji. Nie można oszukiwać czytelnika. W życiu też nie można. Dlatego tak ważna jest dla mnie odpowiedzialność. A bez radości i uśmiechu to żadna namiętność nie wystarczy za paliwo w miłości.

Często pan mówi kocham?
Bardzo rzadko. W zasadzie wcale. Konkretnie to tylko raz.

Dlaczego?
Bo to trudne. Zresztą tak naprawdę, to nie ma na to najlepszego momentu. Gdy zna się kogoś trzy miesiące lub rok, to trudno stwierdzić czy się kogoś kocha. Można to zakomunikować z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem po jakichś 20, 30 latach wspólnego życia. Tylko wtedy to już nie ma sensu tego mówić, bo oboje świetnie to wiedzą. Sama pani widzi, że to trudne. (śmiech)

Najpiękniejsze fragmenty o miłości w literaturze?
To chyba dobry temat na kolejną książkę. (śmiech) Odpowiem fragementem wiersza naszego narodowego poety Nazima Hikmeta: „Najpiękniejszych dni / Nie przeżyliśmy jeszcze / I najpiękniejszych słów, które powiedzieć tobie chciałem / Nie wymówiłem jeszcze.” Staram się tego trzymać w moich książkach. Dosadność jest nudna.

Trudno się pisze o miłości?
Patrząc na statystyki to chyba nie. Co druga książka, a także fim oraz płyta są o miłości. Ludziom się wydaje, że to nic trudnego opisać emocje. A to okropne wyzwanie. Wtedy się przeżywa a nie myśli. A do pisania potrzebne jest głównie myślenie. Dlatego wiele z tych książek, filmów czy płyt to zwykłe gnioty.

Co pan lubi w kobietach najbardziej?
Dziewczęcość oraz samodzielność. Dłonie są też bardzo ważne.

Czy kobiety da się zrozumieć?
Nie rozumiem pani. (śmiech)

To inaczej, czy dla pisarza mającego nakreślić portret kobiety jest to spore wyzwanie? Jest w stanie to zrobić w sposób rzetelny i uczciwy?
Gdyby tak nie było, to kanon literatury światowej oparty byłby na parytecie. A tak nie jest. Wciąż dominują mężczyźni. Kobiety to kupują, więc mężczyźni chyba trafnie piszą o ich emocjach. Tak mi się wydaje, ale nie jestem kobietą, więc mogę się mylić.

Jest pan w Turcji osobą bardzo popularną. Kobiety na pewno lgną do pana. Kocha pan kogoś?
(milczenie) Odpowiem za 20, 30 lat. (śmiech)

Punk's not dead. Romantic też.

wtorek, grudnia 08, 2009

i już

M. ostatnio podzielił się refleksją, że ostatnie wpisy są nazbyt pretensjonalne. No, jeśli ten stary wyga, który zna mnie na wylot, mówi takie rzeczy, to nie jest dobrze. Chyba czas powiedzieć: dość. Zdaje się, że formuła naszych spotkań się wyczerpała. Dziękuję wszystkim trzem, czterem czytelnikom, którzy tu zaglądali. Pojawiło się 90. wpisów w ciągu całego roku. Nie wiem czy dużo czy mało. Dzięki za wszystkie komentarze.

Jak wszystko pójdzie dobrze, to może spotkamy się w innej formule. W moim ukochanym od dziecka środku masowego przekazu, nigdy nie żegnają się na amen. Zawsze mówią: do usłyszenia.

niedziela, listopada 29, 2009

dies irae

Trzy dni temu obchodziłby urodziny. Dziwny gość. Całe życie w swoich czterech ścianach. Tylko do radia na audycje wychodził. Nie potrzebował ludzi do szczęścia. Nienawidził komputerów. Pracował na maszynie. Do kawy sypał siedem łyżeczek cukru. Zawsze powtarzał, że trzeba jeszcze mieć coś lżejszego do słuchania oprócz tych swoich floydów, zeppelinów czy innych mozartów.

Pamiętam tylko jedną audycję. Odtworzoną zresztą po jego śmierci. Nagrana na kasecie jeszcze gdzieś w domu leży. Lacrimosa przetłumaczona i zaprezentowana w całości. Robiło spore wrażenie.

Siedzę w kinie mojego życia, wszystkie miejsca są zajęte
Sam spoczywam na dostawionym krzesełku, przyszło zbyt wiele widzów
Gaśnie światło, zaczyna się film
Powracają wspomnienia, odżywają stare chwile
Jakieś obce ja zagląda mi w twarz
Widzowie na sali pękają ze śmiechu
Powracają dawne pytania o sens życia i śmierci
Wtedy nie znałem na nie odpowiedzi, dziś ją znam
Wciąż nie wiem po co żyję, mam nadzieję, że umrę szybko
Ten film pokazuje moją śmierć, nareszcie i ja mogę się uśmiechnąć
Lecz wtedy tysiąc oczu odwraca się od ekranu i spogląda na mnie z przerażeniem

Człowiek w teatrze życia codziennego. Jedni grają pierwszoplanowe role, inni drugo. Jeszcze inni są jak marionetki wyciągnięte z magazynu. Chwila zabawy i znów powrót między pajęczyny i resztę mniej potrzebnych staroci. A potem znów się przypomni, że taki w magazynie jeszcze jest i do paru rzeczy się nadaje. Krótkie występy na scenie w świetle reflektorów i na powrót do magazynu.

Dla czego warto było żyć? M.in. Echa Pink Floyd, coca-cola i ketchup, Kobieta Wąż, Atom Heart Mother, Czas Apokalipsy, O Furtuna Carmina Burana, Twin Peaks, Miłość w czasach zarazy. Okazało się za mało. 24. grudnia powiedział dość. Równo dziesięć lat temu. Powód? Bo nowy Bond miał być czarny. A on kochał Bonda. Wszytkie je przetłumaczył.

This is the end, beautiful friend - lubił powtarzać za Morrisonem.


piątek, listopada 27, 2009

huzun pod rękę z saudade

Przeciwieństwa się przyciągają. Podobno. Czasem ma to tragiczne skutki, czasem błogosławione. Ta para jest dla siebie stworzona. Najpierw pojawiła się ona. Nieziemsko piękna, znająca swoją wartość, dumna, z przeszłością. Brakowało dla niej odpowiednika. Lata mijały i nic. Trzy, może cztery. Czas szybko leci. Aż pojawił się teraz. Pozostający na uboczu, choć widoczny. Wydawał się mało realny, bo przecież tak odległy. A jednak udało się. W ten sposób Stambuł dołączył do Lizbony.

Dlaczego one? Bo paradoksalnie wiele je łączy. Dwa krańce kontynentu. Dwa różne światy. Jak opisać ich wyjątkowość? Poprzez nieprzetłumaczalne saudade i huzun? Nostalgia, melancholia? To ma być kluczem do tych miejsc? To nie są chwilowe emocje, chwilowe uniesienia. Saudade i huzun to stany wpisane na stałe w egzystencję mieszkańców tych miejsc.

Saudade. Tęskonta za czymś co odeszło, a pewnie nigdy nawet nie było. Może tylko wyobrażenia o tym co mogłoby się wydarzyć. Przekonanie, że przeszłość jest lepsza od przyszłości. Przygnębienie, które jest pogodzeniem się z losem. A wszystko zanurzone w rytmach fado.

Huzun to także przygnębienie. Zawieszone między smutkiem a fizycznym bólem. „Stambuł nie traktuje huzun jak choroby, na którą jest lekarstwo, ani jak bólu, od którego trzeba się uwolnić. Cierpi z wyboru.” „Sugeruje utratę potrzeby walki ze starymi wartościami i obyczajami. Zachęca do poprzestania na małym, wychwala zalety harmonii, monotonii, pokory. Uczy cierpliwego znoszenia biedy i braku uczuć”.

Gdzie można tego doświadczyć? Ot, choćby w małej uliczce w dzień wyjazdu. Najbardziej ruchliwa ulica w mieście już się wyludniła a knajpianego gitarzystę słucha ledwie kilka osób. Wszystkie pieśni w niezrozumiałym języku wydają się pożegnalną dedykacją. Czasem bardziej wesołą, czasem mniej.

Lizbona zawieszona między kontynentem a oceanem. Bezkresną przestrzenią, która zaczyna się niemal na progach domów Alfamy. Stambuł wrzucony między pagórki dwóch kontynentów, przecięty Bosforem. Z jednej strony znajoma Europa, z drugiej tajemnicza i potężna Azja. Rozdarty między Wschodem a Zachodem. Mieszkańcy Stambułu tak samo obcy dla jednych i drugich. Nigdzie nie będący u siebie.

To są te dwa. Więcej na razie nie trzeba.

niedziela, listopada 22, 2009

duplo sruplo

Włączyłem dziś na chwilę tivi. Akurat leciała reklama batoników duplo. Rany, ale się ucieszyłem. Smak dzieciństwa przywołany w jednym obrazie. Pamiętam jak mi to szmuglowali z enerdowa niemal przez zieloną granicę. I batoniki Kinder i soczki pomarańczowe w kartonikach. I najważniejsze, rolowane Haribo, czarne jak smoła i smakujące okołoanyżowo. Pewnie nie wiecie jak to wygląda i jak smakuje, ale zaręczam, boskie. OK., jedna osoba na pewno wie. Za te Haribo byłem w stanie sprzedać nie tylko siostrę, ale i ukochane korkotrampki z czerwonej gumy i namiotowego materiału. Nie wiem skąd mi wytrzasnęli takie cacka, ale nie dość, że miałem w domu piłkę, to jeszcze takie wypasione buciory do gry. A to czasy jeszcze przed bechamowskim metroseksualizmem na boisku. Tak czy siak, na osiedlu z tymi korami i piłą, byłem prawie Bogiem. Ale wracając do dupli. Uderzyło mnie po chwili, że muzyczka w reklamie to... MGMT. O cholerka, sobie pomyślałem, no zajebiaszczo. Mają gust. Skupiłem się prawie jak na maturze z niemieckiego i odcyfrowałem tytuł: Time to pretend. I jakbym młotkiem dostał przez łeb. I to nie gumowym! Przecież ta piosenka pasuje do batoników jak Renata Beger do reklamy owsa.

„Czuję się nieokrzesany, czuję się niedojrzały, jestem w kwiecie wieku.
Stwórzmy trochę muzyki, zaróbmy trochę pieniędzy, znajdźmy jakieś modelki na żony.
Przeprowadzę się do Paryża, wstrzelę sobie trochę heroiny i będę się pieprzył z gwiazdami.
Ty będziesz używał kokainy i eleganckich samochodów.
To jest nasza decyzja by żyć szybko i urzeć młodo.
Mamy wizję, teraz zabawmy się.
(...)
Udławimy się naszymi wymiocinami i to będzie koniec.
Jesteśmy przeznaczeni do udawania.”

Smacznego batonika.