poniedziałek, września 21, 2009

zupełnie nowy rok

Ale ten czas leci. Dziś już poniedziałek. A w piątek zaczął się Nowy Rok według kalendarza żydowskiego. 5770-ty.

niedziela, września 20, 2009

z tarczą czy na tarczy

W kraju histeria. Amerykanie nie zbudują tarczy. Wystraszyli się Ruskich. Jednym słowem zdrada. Znów zostaliśmy oszukani przez sojusznika. Znów sami przeciw całemu światu. A przeczytałem właśnie u mojego ulubionego pisarza:

„My na przykład mamy zdecydowanego hysia na punkcie Polski. Ta biedna Polska to jak wspaniały obraz powleczony nieskończoną ilością farby przy ciągłym „odnawianiu”. Farby o dziwnym składzie chemicznym, gdzie Matka Boska miesza się z bigosem i barszczem z uszkami, Mickiewiczem i grą w bridge'a, katolicyzmem i Towiańskim, przedmurzem i bizantyjskim anarchizmem (to całkiem specjalna cecha polska, wyrażająca się w skrócie: uwielbiam cię, ty sk...) i absolutnym obowiązkiem umierania za ojczyznę nie tylko, gdy potrzeba, ale przede wszystkim, gdy nie potrzeba. Spróbuj wtedy nie umrzeć. Potrzebna śmierć nie liczy się, bo to podejrzane. Umrzyk mógł mieć jakiś interes osobisty. Prawdziwe bohaterstwo, to umrzeć niepotrzebnie i koniecznie z fasonem. I umieramy niepotrzebnie i wspaniale.”

Ale swoją drogą to Barack zachował się wyjątkowo słabo. Tak przywazelinić Rosji? No, ale on nigdy do najtwardszych zawodników na na boisku nie należał.

wtorek, września 15, 2009

początek

Pierwsze zdanie w książce. Najważniejsze? Pewnie nie, ale ważne. Ostatnio wpadło mi do oka takie: „Miłość wisiała w powietrzu, więc w drodze na róg ulicy brnęliśmy przez nią oboje.”

Zgrabnie napisane. Dalej podobnej ironii równie wiele.

niedziela, września 06, 2009

przeczytane w weekend

„Byliśmy w twoim mieście już kilka razy i zawsze uderza nas pewien rodzaj uroku i mistycyzmu unoszącego się nad Warszawą. To miejsce bardzo wiele przeszło i jest pokaleczone, ale jest w nim jednocześnie coś majestatycznego - trochę jak w wojowniku wracającym do domu po bitwie.”

„Lalkami bawiłam się do końca liceum, jak mnie ludzie nie widzieli. Nie mogłam się pogodzić, że będę musiała przestać. Mam siostrę Matyldę, dużo młodszą. W kółko ją przebierałam. Kazałam jej iść w rajstopach na głowie do sąsiadki i powiedzieć po angielsku, że Klaudia z Ameryki przyjechała. Zagrała to, chociaż nie znała angielskiego. Matylda się skarżyła: „Mamo, ona ciągle każe mi się bawić”. Chciałam być żoną Przybyszewskiego, udawałam Dagny. Teraz lalki wymieniłam na aktorów i dzięki temu nadal jestem w innym świecie. A Matylda pomaga mi w filmie, robi ciuchy.”

„Na komisji co powiedzieli?
- Nic. Major spojrzał między nogi i wlepił kategorię D. Ale przynajmniej dostałem jakiś dokument, bo do tamtej pory nie miałem nic.”

wtorek, sierpnia 04, 2009

bandyta

Właśnie skończył się w tivi. Film jak film. Raczej słabszy, niż arcydzieło. Temu drugiemu bliższa natomiast muzyka. Porywająca. 


Czasem tak jest, że najpierw dociera do nas muzyka, a potem oglądamy film. Tak było w tym przypadku. Taniec Eleny. Od pierwszych taktów zrobił piorunujące wrażenie. Kto to napisał, skąd to jest, gdzie to znaleźć? Okazało się, że z filmu. Dla mnie, najlepszy fragment muzyczny w polskim kinie. Słychać echa Bolera, może trochę Greka Zorby, no i tradycyjnej polskiej muzyki. Kompozytor osiągnął mistrzostwo, łącząc dwie skrajne emocje. Napisał utwór, który jest radosny, wesoły, zachęca do tańca. Jednak, gdy się wsłuchać, radość zacznie przełamywać jakaś przedziwna melancholia, niepokój. Muzyka zaczyna wirować coraz szybciej i szybciej, ale z wyraźnym grymasem smutku na twarzy.


Na YouTube przed chwilą wzrosła gwałtownie liczba odtworzeń tego utworu. Pojawiły się świeże komentarze. 


Jest jeszcze jeden przypadek, kiedy to muzyka wyprzedziła film. Blade runner. Obszerne fragmenty usłyszane w radiu i potem gorączkowe poszukiwania całej płyty. I kombinowanie, co to za niezwykły film musi być z TAKĄ scieżką dźwiękową? Film niedoceniony w momencie premiery, dziś kultowy. Muzyka perfekcyjna w całości. Genialna od początku do końca. Idealnie dopełniająca grozę i chłód Los Angeles przyszłości. A i sentyment podwójny, bo ścieżka dźwiękowa jest tak stara jak ja. O ile te same płyty można słuchać wielokrotnie, to z filmami nie jest to takie proste. Jest zaledwie kilka, które oglądam z przyjemnością raz za razem. Blade runner był pierwszym z nich. 

niedziela, sierpnia 02, 2009

Ten, kto wraca, nigdy nie wyjechał

Stoję na balkonie i próbuję wypatrzeć gwiazdy. Nic nie widać. Ledwie kilka przebija zza chmur. Tam w nocy one rządzą. Tysiące. Wielkie i jasne. Sprawiają wrażenie, że są na wyciągnięcie ręki. Przez dwa tygodnie można się przyzwyczaić do nowego krajobrazu. Zaadoptować do nowych warunków i zacząć żyć rytmem tego miejsca. Przestać się dziwić, że wieczór zapada natychmiast. Jest tylko dzień i noc. Zmierzch nie istnieje. Jakby słónce codziennie konczyło robotę o 20 i szło spać. Za to z rana, od razu zabiera się do pracy. Wyłonienie się zza gór u podnóża słonego i wyschniętego jeziora, zajmuje mu jakieś siedem minut. Jakby ktoś wciągał je na sznurku. Bardzo sprawnie i metodycznie.

Rok temu też stałem na balkonie. W tym samym mieszkaniu, ale jakże innym. 1 sierpnia. Dobrze wrócić do tego miasta w tym czasie. Spacer odświętnymi ulicami, znów uświadomił jak szybko tu się wszystko zmienia. Nowe knajpy, kawiarnie, sklepy. Miło jest wrócić do domu. No i najmilszy komplement od kilku tygodni. „Źle mi się prowadziło, gdy cię nie było”. Nawet jeśli to tylko kurtuazja, to i tak rozczulająca. Nadająca sens porannemu wstawaniu o nieludzkich godzinach. 

Tam radia nie było. Kierowcy autobusów i busów słuchają muzyki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby totalnie nie lekceważyli lokalnej muzyki. Tylko amerykańska. W dodatku same hiciory. Sprzed lat dwudziestu i z... kaset. Tam nikt nie używa płyt CD w samochodach. A sklepy i stragany są pełne kaset magentofonowych! Króluje Dr. Alban i jemu podobni. Czy u nas można jeszcze kupić gdzieś kasety?

Tytuł zaczerpnąłem od Farhiego. Od razu mi się spododbał. Tak jak cały przedostatni rozdział „Młodych Turków”. Książki ważnej, ciekawej, zdradzającej spory talent narracyjny żydowsko-tureckiego pisarza. O dojrzewających dzieciakach, głównie chłopcach. Ale i kraju, który też dojrzewa. Pod wodzą Ataturka rodzi się nowy byt, któremu trzeba nadać sens i wypełnić nowoczesną treścią. „Młodzi Turcy” to wołanie o poszanowanie różnorodności i krytyka ślepego nacjonalizmu. A także chęć rozliczenia się z czasów dzieciństwa. Próba uchwycenia tej krótkiej chwili, między okresem dziecięctwa, a momentem, gdy sobie uświadamiamy, że dziećmi właśnie przestaliśmy być. Każdy w innym momencie i za inną przyczyną. Ot, takie przejście od dnia do nocy. Krótkie, intensywne, natychmiastowe. Albo też od nocy do dnia. Jak się komu ułoży. Bo to gorzka książka. Każdy rozdział traktujący o losach innego bohatera kończy się bez happy endu. Jak ten wpis.

 

piątek, lipca 31, 2009

po polsku

- Ziiimnaaa wooodaaa zdrooowia doda!!! Piiiwo z rana jak śmietaaana!!!

Wychodzących z wąwozu Chebika witał miejscowy sprzedawca. Mieszkający od pokoleń na pustkowiu Berber, zachęcał do kupna schłodzonych napojów nienaganną polszczyzną. Mimo pięćdziesięciu stopni, chętnych niewielu. A woda w tym klimacie cenniejsza niż miłość kobiety - jak mawiają Berberowie. Partnerem wody jest przewiew. Nawet nie cień, a właśnie wiatr. Choćby najdelikatniejszy podmuch wtłacza nowe siły w szybko słabnące w tym upale ciało. Słońce stoi nad nami pionowo i grzeje z bezwzględną stanowczością. Nie ma przed nim ucieczki. Gdy z jeepów wysypują się turyści chętni obejrzeć wykute w skale domy Berberów, nie mogą się ich nigdzie dopatrzyć. Ci śpią. Dla nich jest za gorąco. Wszystko co mają zrobić, robią albo wczesnym rankiem, albo po południu. Najgorętszą część dnia starają się przeżyć, tracąc jak najmniej sił. 

Za to polscy turyści nigdy sił nie tracą. Dlatego, że są zaopatrzeni w odpowiedni strój wyjściowy. A ja głupi naiwniak myślałem, że skarpety i snadały, to już w mitach o zacofanych Polakach zostały. Rodacy nie dawali się słońcu i ochoczo podziwiali widoki niedostępne w kraju między Odrom a Nysom. W swej poznawczej ekstazie tak się zapamiętali, że biedna - dosłownie - pani kilka godzin potem, tłumaczyła rozłoszczonemu panu od wielbłądów, że nie może mu więcej za zdjęcie zapłacić, bo już nie ma dinarów. - Nie mam! Jak przyjedziesz do Polski zaproszę Cię na kawę! - artykułowała głośno i wyraźnie, ale miejscowy jakby nie bardzo rozumiał mickiewiczowską mowę, choćby i najprzedniej dykcyjnie wypowiedzianą. W ogóle za granicą Polacy mówią ładniej i wyraźniej. Jak ten nasz koleżka z hotelu, który tłumaczył przy basenie zbaraniałemu kelnerowi - Za-raz przy-niosę. Po-czekaj - i pokazywał na tacę, którą mu wyrywał z ręki ów kelner. 

Wiadomo, że Polak lubi to, co zna. Jak ta pani w tamtejszym odpowiedniku Biedronki. - To są ich miejscowe. Zostaw. Tam wcześniej były normalne Laysy - mówiła do swej przyjaciółki, wybierając chipsy dla swych pociech. 

Podróże kształcą. Podróże z Polakami kształcą jeszcze bardziej.

   

niedziela, lipca 12, 2009

jak sie masz


Mój ulubiony węgierski pisarz w dzienniku pod datą 1973 zapisał: „Jeśli istnieje naród, który nie ma „kompleksu niższości”, są to zapewne Austriacy. Jeśli istnieje typ człowieka, który jest wolny od „kompleksów seksualnych”, to znów są to Austriacy. Jeśli istnieje zdrowa zmysłowość, jej atmosfera jest odczuwalna w Wiedniu. Wszelkie „kompleksy” leczono tu w działaniu - na kanapce kawalerskiego mieszkanka, bez zbędnej analizy wyzwalano się z tego, o czym inni, gdzie indziej, na kanapkach psychoanalityków godzinami tylko rozprawiali.” To właśnie stąd wziął się Bruno. 


wtorek, lipca 07, 2009

Susanna

Zakochałem się. Tak, wiem. Westchniecie pewnie z politowaniem, i zapytacie: znowu? Ale ja już tak mam, że co najmniej dwa razy w ciągu tygodnia musi tak być. Inaczej tydzień można uznać za stracony. Ale nowa miłość jest wyjątkowa. Powyjazdowa. W zasadzie po to są podróże, by przywozić z nich nowe zauroczenia, znajomości, fascynacje. Bo niby czemu nie? Ale nim więcej o tej niesamowitej kobiecie, trochę o obrazach.

Wizyta w galerii to zawsze święto. Tym razem było to intensywne świętowanie. Ledwie godzina piętnaście na przebiegnięcie po National Gallery. W ten sposób obrazów nie da się oglądać. No bo jak? Przebiec obok każdego poświęcając mu w najlepszym wypadku minutę, a reszcie sekund trzydzieści? Wszystko się zlewa w jedną papkę i przypomina raczej skakanie po kanałach telewizyjnych, niż obcowanie ze sztuką. Wychodzi człowiek zmęczony z muzeum i tak naprawdę nie wie co widział. 

Nieoceniony Gombro poszedł o krok dalej i w ogóle podał w wątpliwość zasadność funkcjonowania galerii. „Obrazy nie nadają się do tego, żeby je umieszczać jeden obok drugiego na gołej ścianie, obraz jest po to, aby ozdabiał wnętrze i był radością tych, którzy mogą na niego patrzeć. Tutaj wytwarza się tłok, ilość przytłacza jakość, arcydzieła liczone na tuziny przestają być arcydziełami.”

Naprawdę trzeba mieć oczy szeroko otwarte, by arcydzieła nie umknęły pod nadmiarem sztuki. Takie słoneczniki van Gogha choćby. Od razu zwracają na siebie uwagę. Intensywna żółć świetnie się komponuje ze złotym tłem. Niby kilka przywiędłych kwiatków a robi cholerne wrażenie. Fantastyczny Canaletto, który jak się okazuje, nie tylko Warszawę portretował. Do tego wiadomo, El Greco, Cezanne, Tycjan, Rafael, van Dyck, Velazquez, i ten nie wiadomo czy bardziej przerażający czy śmieszny portret Starej kobiety, w wykonaniu Massysa. Tak często reprodukowany, gdy trzeba dowalić starszym kobietom. Na obrazie jak nic, maszkara, jakby żywcem wyciągnięta z Gumisiów, przypominająca Toediego.   

Po takiej dawce kobiecej urody stanąłem jak wryty. Zjawisko. Oczu nie można było oderwać. Anioł nie kobieta. Włosy długie, czarne, proporcjonalnie zbudowana. Jak się przyjrzeć, to można zobaczyć to i owo. No to spoglądam z lewej strony, wyraźnie na mnie patrzy. Dyskretnie zmieniam pozycję i mam ją przed sobą, ale okazuje się, że ona również ze mnie wzroku nie spuszcza. Dyskretnie przeciskam się na prawo, ale ona wciąż na mnie patrzy! Aż mi się gorąco zrobiło. Nie wytrzymałem i podszedłem bliżej. Okazuje się, że ma na imię Susanna i namalował ją Francesco Hayez w 1890 roku. Przy niej spędziłem najwięcej czasu.
 


Ostatnie piętra to już ostra przebieżka, przypominająca sprint po muzeum z filmu Marzyciele. Mój wynik był zdecydowanie gorszy, ale i tak należał się zasłużony odpoczynek. Zaległem na trawie pod galerią. Przez Trafalgar Square przetaczało się morze turystów i londyńczyków. I tak sobie siedziałem bardzo długo i oglądałem ludzi. A w słuchawkach lecieli Beatlesi. I to był chyba najbardziej kiczowaty obrazek ze wszystkich.

niedziela, lipca 05, 2009

na własne oczy

Są dwie szkoły dotyczące podróżowania. Jedna, która przed wyjazdem każe przeczytać wszystko co można znależć w księgarniach, bibliotekach czy internecie. Dopiero tak ubogaconym, można ruszać w świat. Wyznawcą tej szkoły był Ryszard K. Druga szkoła mówi zupełnie coś odmiennego. Raczej wystrzegać się dowiadywania czegokolwiek ponad to, co niezbędne do bezpiecznego i sprawnego zaplanowania podróży. Wszystko inne, będzie wpływało na nasze postrzeganie rzeczywitości już po dotarciu na miejsce. Będziemy patrzeć książkami, zdjęciami, oczami innych autorów, a nie swoimi. To nie będzie miejsce odkryte przez nas, lecz przez tych, którzy tu byli przed nami. Tej wizji podróży przychylny był Nicolas Bouvier.   

Oba podejścia są intersujące i warte rozważenia. Oba mają swoje plusy i minusy. Ja jednak całym sercem jestem za wizją naszego największego reportażysty. Oczywiście takie dywagacje raczej dotyczą miejsc odległych, egzotycznych, tajemniczych. W takim razie co zrobić choćby z takim Londynem, do którego 3/4 Narodu jeździ nie po odkrywanie nowych przestrzeni, ale do roboty? I czy w kilkadziesiąt godzin można zauważyć cokolwiek? Uchwycić rytm miasta, poczuć jego klimat i specyfikę? Pewnie nie, ale zobaczmy co przywieźliśmy po raz trzeci znad Tamizy.  

Wylansowany, sztuczny, pozerski, przestylizowany. I normalnego Brytyjczyka trudno dostrzec spośród tej kolorowej magmy przetaczającej się przez główne arterie komunikacyjne miasta. Warzywniaki w każdej okolicy są, albo arabskie, albo hinduskie. Najważniejsze budynki w stolicy są nieoświetlone i klimatycznych zdjęć nocą raczej się nie porobi. 

Londyn zaskakuje swoją zwartością i gęstością. Jest niski, ale rozłożysty. Dominują ciągi małych budynków, które najczęsciej mają dwa, trzy piętra. Ulice wąskie a wszystko wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zboczyć z głownych traktów. No i wszechobecna dominacja cegły. To miasto jest rudzielcem. 

A jakie sa inne miasta? Madryt radosny, beztroski, rozbawiony, ale i monumentalny. To pozostałość po czasach kolonialnych. Wielkość i rozmach, choć nieprzytłaczające. Berlin bardzo młody, artystowski, intrygujący architektonicznie, no i świetnie skomunikowany. Lizbona, bardzo tajemnicza, zupełnie wyjątkowa, bardzo przyjacielska. No i najpiękniejsza. Choć tak bardzo odległa.  

Jak to jest tak podróżować bez aparatu? Dziwnie, ale jednak można. I dzięki temu to był inny wyjazd niż zawsze. Bez patrzenia na miasto kadrami, utyskiwania, że światło nie takie, albo że ludzi za dużo i spokojnie zdjęcia nie można zrobić. Czy będzie więcej takich wyjazdów? Mam nadzieję, że nie.